…bo uzależniłem się od pewnej pani.

Jak dokonać niestworzonych rzeczy mają prawie trzydzieści lat, przy dobie trwającej, zaledwie dwadzieścia cztery godziny i tysiącach obowiązków, które nie pozwalają na nic więcej niż tylko stres, praca i fuck them all? To proste, uzależnić się! Gdy byłem jeszcze w technikum, moim nałogiem był miętowo-jabłkowy Tymbark, którego przez ten okres edukacji wypiłem w takiej ilości, iż po odebraniu świadectwa maturalnego, posiadałem ponad tysiąc kapsli z życiowymi mądrościami – część z nich mam do dzisiaj. Po wejściu w świat „dorosły” szybko okazało się, że soczki to za mało, aby cieszyć się życiem.

Tak, więc, uzależniłem się.

Na szczęście nie od białej damy i jej wspaniałych kompanów. Pozwoliłem zawładnąć sobą czarnej damie, małej czarnej pieprzonej damie – Pani Kofeinie.

Swój nałóg wyniosłem z rodzinnego domu, gdzie wspomniana wyżej pani była gościem tak częstym, iż można ją spokojnie wpisać w rejestr domowników. Kiedy rodzice wracali z pracy, rzadko z ich ust słyszałem powitanie w kierunku małżonka/małżonki w stylu „Witaj kochanie”, ale słowa „Cześć, zrób mi mocną kawę” padające tak często, że, kiedy dorosłem na tyle, żeby samodzielnie wyczekiwać ich powrotu, w mig pojąłem czego najbardziej potrzeba, im po przyjściu do domu. A także przed wyjściem, przed śniadaniem, przed obiadem, przed podwieczorkiem, przed rozmową, przed wszystkim – kawa była traktowana nie jako napój okazjonalny, mający dać kopa na resztę dnia lub jako dodatek do deseru, lecz jak coś , co należy w siebie wlewać hektolitrami.

Idę o zakład, iż, gdyby moi rodzice żyli w czasach Chrystusa to czym prędzej na swym osiołku z ogromną beczką wody udaliby się w podróż do Kany, żeby tam prosić Mesjasza o cudowne przemienienie wody w kawę, zmieniając tym samym pewne zapisy w Biblii. Co więcej, przypuszczam… Baa wiem to na pewno, że w ich kofeinowym świecie pewne zdanie w Piśmie Świętym brzmi mniej więcej tak: „…podobnie po wieczerzy wziął kubek z kawą…”. Tak, tak z pewnością jest.

Tak to wyglądało u rodzinki, nic, więc dziwnego, iż przeszło to na mnie (swoją drogą kocham się w ten sposób usprawiedliwiać: nie, to nie moja wina, wyniosłem to z domu). Cóż, wyniosłem nie wyniosłem, fakt jest taki, że szybko się uzależniłem. Pochłaniałem podobne ilości kawy, co moi rodzice i co gorsza, byłem z tego dumny. Doszło do tego, iż kofeina nie robiła na mnie większego wrażenia, lecz jej brak już tak. O bogowie, czułem się jakbym był w wieku Hugh Hefnera, którego nagle opuściły wszystkie króliczki, a majątek przepadł z powodu spadku akcji Viagry. Tak, czułem się potwornie. Dlatego piłem ją rytualnie, dzień w dzień, o stałych porach, wmawiając sobie, że to właśnie dzięki niej czuję się pełen energii, świetnych pomysłów i gotowy do działania w każdym momencie doby. Nie potrzebowałem sporej ilości snu, wystarczyły mi marne ochłapy, czyli drzemka na fotelu przez kilka godzinek. Potem pobudka, filiżanka kawki i witaj młody bogu wersja 2.0… Tak, tak właśnie było.

Bóg wersja 2.0 z chorą pikawą.

Tak też, dzień po dniu okłamywałem się, iż zapas energii to zasługa czarnej damy, mojej kochanej damy. Pierwszym i na szczęście wystarczającym sygnałem ostrzegawczym był ból lewej strony klatki piersiowej – zwykle to bagatelizowałem, ale kiedy nie możesz spokojnie przebiec dwóch kilometrów to jednak trochę lipa i warto zrobić przegląd – szybka wizyta u lekarza pokazała, iż są także inne ‚zasługi’ czarnej siostry. W tym miejscu powinna się znaleźć dokładna opinia doktorka, lecz daruję wam czytanie tych bazgrołów, gdyż po pierwsze nie rozszyfrowalibyście ich, a po drugie, kogo to obchodzi? Uwierzcie, było źle, baaardzo źle – o czym wiecie z innych wpisów, prawda…? Oszukiwanie samego siebie, że kawą (oraz innymi dodatkami) można zapewnić sobie energię na 24 godziny, dzień w dzień jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego i tak też było ze mną.

Wprowadzony w życie detoks kawowy był brutalny i okres ten wspominam bardzo niemiło – ospałość, wieczne wkurwienie, brak chęci do wszystkiego i wszystkiego, lecz na szczęście uporałem się z tym, ograniczając liczbę filiżanek z 9 do 2 dziennie. Przyzwoity rezultat prawda? Oczywiście coś za coś, więc w życiu na stałe pojawiła się nikotyna, wchłaniana w organizm mniej więcej od kwietnia tego roku. Nie ma już młodego boga wersji 2.0, ale postać widziana każdego ranka w lustrze także jest niczego sobie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo jeśli drugim rzutem będzie ten wykonany przez lekarza, najpewniej znów się dowiem, jak bardzo zjebałem. Całe szczęście, że doktorek nic nie wie o alkoholu…i seksie. A wy, macie swoje „małe” uzależnienia? Czy tylko kawa, papierosy, alkohol i seks, które przecież nie uzależniają…? Może wspólna terapia?

Photo by Nemanja .O. on Unsplash.