…bo rozstanie to początek obrzydzenia do samego siebie.

W przypadku kryzysów nie na miejscu jest pytanie, „czy?” tylko „kiedy?” – wszyscy wiemy, że on prędzej czy później nastąpi, więc nie ma co się oszukiwać i rozpaczać, najlepiej byłoby zapobiegać, a nie leczyć się wódką.

Kiedy już dochodzi do rozstania, jesteś niczym inkwizytor, który w małym hiszpańskim miasteczku, poczuł ślady czarnej magii. Sprawnie przechodzisz do działania, formułując przepiękny stos ze wszystkich rzeczy, które jeszcze chwilę temu były boskie i należały do niej. Och, czego tam nie ma – ciuchy, książki, listy miłosne, zdjęcia, pocztówki i wspomnienia wyszarpane z głowy jak ostatnie włosy. Wszystko jest już gotowe, podziwiasz swoje dzieło i brakuje tylko głównej podejrzanej, którą niczym bardziej pojebana wersja Christiana, mógłbyś spętać, zniewolić i wbić na pal, umieszczony na samym środku stosu. Działając jak w amoku, nie zdajesz sobie sprawy, że zapomniałeś o najważniejszej (dla ciebie) rzeczy związanej z tą wstrętną wiedźmą – o tatuażach.

Napompowane do granic możliwości nieodpowiednimi substancjami żyły są jeszcze bardziej widoczne, nie musisz więc szukać zbyt ostrego noża. Dwa, góra trzy buchy tetrahydrokannabinolu i żegnaj HD – cały świat jest rozmazany, trudno skupić wzrok na jednym obiekcie, a tym bardziej skoordynować działania na linii ręka – oko. Działasz po omacku, przykładasz ostrze do przedramienia, chcąc jak najszybciej pozbyć się znaku napiętnowania przez wiedźmę, chcąc jak najszybciej się oczyścić, żeby jeszcze dzisiaj wieczorem, móc otrzymać chrzest i spijać nektar z ust innej.

Musisz wiedzieć, że to chujowy pomysł – ostrze ślizga się jak pojebane, jak gdyby wiedziało, że nie powinno zrobić krzywdy, że powinno tylko delikatnie pomiziać, aby oszukać zmysły i uśpić czujność właściciela tego brzemienia. Jesteś jednak zbyt doświadczony w te klocki, za dużo wiesz, za dużo umiesz, za dużo się naoglądałeś, żeby w takim momencie to spierdolić. Zaczynasz odmawiać modlitwę, wplatając w swoje słowa wszystkie znane bóstwa, a także Edypa, Antygonę i Gustawa. Raz, dwa, trzy. Kap, kap, kap. Kałuża na podłodze zaczyna się powiększać, ale niczym świnia zapatrzona w koryto, nie czujesz bólu, ani pomyłki swojego działania. Tniesz dalej, starając się wyciąć za jednym razem jak największy płat skóry – nóż nie pochodzi jednak od masterchefa, lecz Chuula z bazaru, więc w efekcie bardziej przypominasz Japończyka po nieudanym sepuku ręki. Na własne oczy widzisz dowód swojego niedojebania i kolejny powód dla którego jej nie ma obok. Ty niezrównoważony psycholu! Przypominasz sobie, że nienawidzisz widoku krwi i zaczynasz panicznie reagować – papier, gaza, koszulka, plaster – szukasz czegokolwiek, co pomoże zatamować krwawienie. Kiedy już się uspokajasz, zdajesz sobie tylko sprawę, że nie tylko nie udało ci się pozbyć znaku napiętnowania, ale zafundowałeś sobie powód do kolejnego tatuażu, gdyż kawałek skóry powyżej poprzedniego malunku wygląda zbyt tragikomicznie, aby pokazywać się tak publicznie.

Pod ręką na szczęście masz alkohol, ale żaden z ciebie Doktor Quinn czy inny House, więc zawartość butelki wlewasz sobie do ust, a nie na ranę. Ze smartfonem w ręku, czujesz się jak dziecko w sklepie z zabawkami, które weszło w posiadanie karty kredytowej swojej matki i może zaszaleć. Sklep z zabawkami zamieniasz na ten z aplikacjami, instalujesz i możesz buszować w sieci. Tym razem jednak, nie wrzucasz do koszyka wszystkiego, co popadnie – starannie dobierasz składniki, a z każdym kolejnym dodatkiem, czujesz jak zwiększa się obrzydzenie do siebie samego – ty chory pojebie! Teraz już za późno, żeby się wycofać, więc brniesz dalej w te gierki, słowne podchody, łowy i polowania – myślisz, że taki dobry z ciebie myśliwy?

Budzisz się koło drugiej, trzecia także jest niczego sobie – jeszcze nie do końca się tym przejmujesz, ale rano, rano będziesz miał ogromnego kaca, nie tylko moralnego. Teraz najchętniej, niczym kojot złapany we wnyki, odgryzłbyś sobie ramie i uciekł jak najdalej – w ten sposób rozwiązałbyś także problem z tatuażem, może to nie jest taki zły pomysł?

Photo by Charles Deluvio on Unsplash.