…bo orgazm to jeszcze nie wszystko.

Pierwsze wejście do sieci od drugiej strony było niesamowite – ekscytowało, intrygowało i dawało poczucie pewnej wartości; wręcz dumy i samouwielbienia. Sprawiło, iż przez dłuższy moment czułem, że mogę tak po prostu nie przeminąć, że coś po mnie zostanie, gdy chude kości przestaną nosić skórę, naciągniętą na ten niemal dwumetrowy szkielet. Stukanie w klawisze i puszczanie tego w eter pozwalało na poczucie wyższości, czasami darmowe drinki w barze, częściej nieprzespane noce i zapewniło mnóstwo wspomnień, których nie żałuję, choć w wielu przypadkach nie jestem z nich dumny.

Już dawno nie mam sześciu, czy siedmiu lat – zamiast tego liczę sobie niemal dwadzieścia osiem wiosen, spędzonych na rozmaitych zajęciach, pracach i przygodach, z różnymi ludźmi w nietypowych miejscach. Rozpakowywanie prezentów już dawno przestało mnie cieszyć, niespodzianki nie bawią, a wypicie kilku shotów za dużo kończy się zmarnowaniem dnia kolejnego. Taka kolej rzeczy, shit happens, a starość to kurwa starość, czy tam coś innego, bo na pewno już nie młodość.

*****

Przejście przez próg pudełka, będącego przez ponad rok moim mieszkaniem, było niczym wejście do skromniejszej wersji klatki Faradaya – ludzie szybko rozumieli, iż telefony są tutaj niepotrzebne, więc zostawiali je w połowie pomieszczenia, na stoliku barowym oddzielającym kuchnio-przedpokój od salono-sypilani. Przez najbliższy czas, smartfony nie były potrzebne z różnych względów, często dlatego, iż pisanie z innymi w stanie nietrzeźwości umysłowej było niewłaściwe, a czasami dlatego, że po prostu były ciekawsze rzeczy do zrobienia niż obserwowanie świata przez świecący ekran i robienie selfie z całym światem w tle.

Przez ponad dwanaście miesięcy, wstępnym obiektem ich zainteresowania było to, co w mojej głowie, ale po przekroczeniu progu, ważna była już tylko jedna dziewiąta część mojego ciała oraz język. Muzyka wypełniała małą przestrzeń, ustępując częściej dźwiękom płynącym z naszych gardeł – w tym pierdolonym geriatrycznym wieżowcu było to coś niespotykanego, zwłaszcza w okresie zimy. Orgazmy przychodziły i odchodziły, tak samo jak ich właścicielki – jedne lepsze, inne mniej; jedne śliczne niczym z okładki Vogue, inne przeciętne; jednorazowe i wielorazowe. Tak samo, jak ich właścicielki. Trwało to długo aż w końcu pierdolnęło. Heh. To musiało w końcu pierdolnąć, wiedziałem, że to kiedyś nastąpi. Nigdy nie liczyłem, że któraś z tych historii będzie zakończona happy endem – nie chciałem życia ani w stylu Vogue, ani w świetle przeciętności – chciałem czegoś swojego.

Wiosną wszystko się zmieniło – szybkie ruchy jej ręki przestały być równoznaczne z cudownym zakończeniem, a moja dłoń zaciskająca się coraz mocniej na jej falujących włosach nie oznaczała już chwili spełnienia – było to tylko kolejnym razem, po którym przychodził następny dzień. I nawet jej uśmiech oraz wygięte ciało, gdy okazywało się, że oralnie wcale nie oznacza gorzej, stał się marnym powodem do dumy.

Widzisz, to nie dlatego, że seks przestał być jest świetny, bo nadal jest. Nie myśl sobie, że nie lubię już seksownej bielizny, bo uwielbiam (!), a długie nogi w szpilkach nadal przyprawiają o szybsze bicie serca. Dwadzieścia osiem lat to jednak (kurwa no!) wystarczająco, żeby wreszcie zdać sobie sprawę, że moje ciało ma więcej niż kilkanaście centymetrów. Co więcej, do głupiego łba dotarło, iż nie chcąc przeminąć, usta mówiące dobranoc, powinny być tymi samymi, które rano mówią dzień dobry – nawet mając kapcia w ryju i niewyjściową fryzurę. Starość? A może miłość? A może starcza miłość…?

*****

Tylko wiesz, co?
…jeśli nie potrafisz takiej okiełznać, zrobią to inni.
…jeśli chcesz taką zamykać w klatce, poczeka aż stracisz czujność i będzie sobie wyfruwać.
…jeśli myślisz, że wygrałeś życie, jesteś w błędzie.

Wygrałeś (wygrałem? A może wygraliśmy), co najwyżej rolę statysty w „Słonecznym Patrolu”. Rolę statycznego koła ratunkowego. Tak, jesteś(my) kołem ratunkowym ośle.

Ona będzie korzystać z życia, wiedząc, że ma do kogo wrócić. Będzie szukać dla siebie lepszej opcji, a jeśli nie znajdzie, zawsze wróci do ciepłego łóżka. Teoretycznie, jest to sytuacja win-win. Praktycznie ona cię dyma, ty dymasz ją (o ile pozwoli), z czasem pewnie będą robić to inni podczas jej poszukiwania tego wymarzonego i tak wszyscy w kółko będziecie się dymać, ale jakby policzyć orgazmy, ona odstawia cię na setkę niczym Bolt resztę świata.

Zdaniem wielu kobiet, koło ratunkowe to mus w związku. Mus czekoladowy w dodatku. A jak wiadomo, w każdym domu, przy każdej kobiecie, czekolada być musi. Pocieszające jest tylko to, że ostatecznie czekolada trafia do tyłka. Do jej tyłka, który ma dzięki temu odpowiednie kształty. Twoją rolą, jeśli nie chcesz do końca życia być statystą w kinie klasy be jest pokazanie jej, że wszystko czego szuka, znajdzie właśnie w tym ciepłym łóżku, wspólnym śniadaniu oraz szybkim prysznicu – z tobą. To takie proste staruszku…

*****

Księżyc nie jest żaden super, ani nawet w pełni – nic wielkiego się nie dzieje, siedzimy i rozmawiamy. Popijam drinka, ona raczy się herbatą. Machamy nogami, zwisającymi z parapetu, nie robiąc sobie nic z wielkiego dołu, przepaści, która niewyraźnie zaznaczała się kawałek przed i pod nami. Nad nami jest niebo, hah. „Nasz limit” jak to ładnie zostało kiedyś nazwane. A prawo moralne? Jakoś go nigdzie nie widać; tak samo jak nas w wirtualnym świecie, bo podobno związki istnieją z dala od social mediów.

Photo by Kinga Cichewicz on Unsplash