…bo dlaczego tacy jesteśmy?

Przyszedł maj, przez nikogo nie pytany, wjechał z buta wraz ze swoją chujową pogodą, chujowymi datami i jeszcze bardziej chujowymi dniami. W dyskusji z panem Majem na nic zdały się argumenty, że przecież „jesteśmy tacy zakochani, całkiem sobie oddani*”, niedawno zaręczeni, a jemu przyszło być świadkiem kolejnych hucznych urodzin Lubej. Na wszystko reagował ze spokojem, i delikatnie uśmiechał się na każde moje słowo – pod koniec rozmowy wyciągnął asa z rękawa i nie było co zbierać. Wstał, zaczął nucić „Niech żyje wolność, wolność i swoboda… Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda*”, po czym po prostu wyszedł, zostawiając mnie w stanie nostalgii.

Tak, to był maj. Wydawało się, że nie będzie innym miesiącem od pozostałych, choć po ciuchu liczyłem na odrobinę spokoju po dotychczasowym rollercoasterze emocji, jakie fundował ten związek. Wiesz co? Taki chuj.

Jedna z typowych nocy, kiedy już po wszystkim poszła wziąć prysznic. Telefon zaczął wibrować, powiadamiając o smsach. Szczerość, zaufanie i swoboda – tak kiedyś ustalaliśmy, więc na co komu hasła, piny czy inne zabezpieczenie telefonu. Jednak kto i po co pisze do niej o drugiej w nocy, skoro ja jestem obok? Gdyby było to coś ważnego, wymagającego reakcji lub interwencji to raczej się dzwoni, a nie pisze smsa, który może przepaść w czeluściach nocy i dopiero rano zostanie odczytany. Szum wody nie ustawał i chyba to było bodźcem, który popchnął mnie do sięgnięcia po jej telefon. A może czysta ciekawość? Może faktycznie należało na coś zareagować – teraz, już, natychmiast, a nie dopiero rano. Miałem rację, należało.

Kamil: Powiedziałaś mu już, czy nadal czekasz?

Takie wiadomości nie sprawiają, że wyłączasz telefon i idziesz spać, zapominając o tym, co przeczytałeś. Zaczynasz czytać poprzednie wiadomości, zaczynasz się wkurwiać, narasta w tobie złość i tylko czekasz aż wyjdzie spod prysznica, żeby móc zacząć, ostatnią jak się okazało, rozmowę.

– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? Ile jeszcze chciałaś poczekać? Wybrać jakiś odpowiedni moment?
– O czym ty do mnie mówisz? Co miałam ci powiedzieć?
– Moja droga – wyciągam w jej kierunku telefon. – Kamil pyta, kiedy wreszcie powiesz swojemu narzeczonemu, że go nie kochasz, a to wszystko było jednym wielkim kłamstwem od dobrych kilku miesięcy, które trwa tylko dlatego, że nie chcesz mnie zranić. Koniec cytatu.
– Dlaczego czytasz moje wiadomości z Kamilem?
– Kim kurwa jest Kamil?

Don Kichot w zarzyganej zbroi

Nie przychodzimy na ten świat tak zjebani, jak jesteśmy teraz. Mamy w sobie radość, uprzejmość, mnóstwo uśmiechu do wszystkich, obdarzamy zaufaniem napotkanych ludzi, jesteśmy szczerzy, nie kłamiemy i nie kombinujemy. Cieszymy się życiem, które dopiero poznajemy – rok po roku, za sprawą swoich doświadczeń, powoli tracimy wrodzone cechy, zamykamy się w swoim pancerzu, stając się rycerzami w brudnych, zarzyganych i zniszczonych zbrojach. Uczymy się kontrować, często sami jako pierwsi wyprowadzając ataki w myśl zasady, że najlepszą defensywą jest ofensywa i lepiej zranić niż być zranionym.

Pomimo tych wszystkich zmian jakie zachodzą w naszych osobowościach, nadal pozostajemy tylko naiwnymi ludźmi, którzy na wielomiliardowej planecie, chcą zaznać odrobiny szczęścia – nic wielkiego, żadne tam big love przez kilkadziesiąt lat, ale chociaż trochę, chociaż kilka chwil, mających uczynić nasz żywot po prostu znośmy. Wiele razy zaklinamy, iż ten zakończony właśnie związek był ostatnim, że ludzie to kurwy i chuje, a bycie singlem jest najlepszą rzeczą pod słońcem (gówno prawda!). Riedel miał niestety rację pisząc do mamy, że „samotność to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie…” Nikt nie chce i nie lubi być sam.

Wraz z przyjściem wiosny, nastawiamy twarz na cieplejszy podmuch wiatru, zaciągamy się świeżo skoszoną trawą i po cichu mamy nadzieję na zakończenie życia samotnika i pustelnika. Wystawiamy się na razy i ciosy zaprawionych w uczuciach innych ludzi, licząc, że tym razem będzie dobrze. Jasne, każdy kolejny związek jest nowością, ale wszystkie poprzednie doświadczenia ograniczają naszą radość, szczęście i dobre samopoczucie. Pozostaje tylko ta jebana naiwność. Z biegiem czasu, powoli ściągamy kolejne części pancerza, odsłaniając się coraz bardziej i bardziej, aby ostatecznie, stanąć zupełnie nago przed drugą osobą i…. liczyć na jak najbardziej łagodny wymiar kary.

Raz na milion, a może i rzadziej, a może i częściej tylko mam jakiegoś pecha (lub może to karma) nie stanie się nic złego – zapanuje sielanka, która pomimo paru burz, będzie trwać sobie na tej planecie, jak trwa teraz od pewnego czasu. Nikomu nie przeszkadzając, nikomu nie wadząc, nikogo nie pytając o pozwolenie, czy trwać może.

Z tyłu głowy jednak wciąż będziesz mieć obraz siebie stojącego nago, który przed chwilą wypowiedział na głos: – Kim kurwa jest Kamil.

Jeśli tych obrazów nazbierałeś w życiu zbyt wiele, układając z nich mozaikę zjebanych momentów, będziesz tylko paranoicznym kolesiem w brudnej, zarzyganej i zniszczonej zbroi, który walczy z wiatrakami w swojej głowie. Dobrze zdajesz sobie sprawę z bezsensu tego pojedynku, ale lepsze to niż siedzenie bezczynnie i płakanie jak pizda – nikt nie chce być pizdą, za to bycie Don Kichotem to jakoś tak lepiej brzmi, a jak pokazuje życie, nawet obłąkanych rycerzy można w jakiś sposób pokochać.

* Pezet – „Co mam powiedzieć”
* Boys – „Wolność i swoboda”

Photo by Steinar Engeland on Unsplash