…bo czy jestem wyjątkowy?

Szara bluza, czarne dresy i czarne adidasy. Na głowie kaptur, skrywający włosy mocno naznaczone jej palcami, zapachem oraz wczorajszą nocą. Resztki tego wydarzenia, doskonale widoczne w moich oczach, ukryte są za okularami przeciwsłonecznymi. I co z tego, że jest już prawie wieczór, a pogoda mocno nie zachęca do romansów – czasami po prostu nie chcesz, żeby ktoś czytał z ciebie jak z otwartej książki i chcesz pozostać incognito. Na ławce przed blokiem łapię ostatnie chwile dnia, odwlekając coraz bardziej moment powrotu do domu. Nie przeszkadza mi nawet szczebiotanie młodych dziewczyn, które ostro debatują na temat tego, która powinna spróbować kupić piwo w osiedlowym sklepie. Przerzucają się argumentami, przerzucają obelgami oraz odpowiedzialnością – nikt przecież nie lubi zostać odtrącony, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ważną życiową misję, którą jest zakup alkoholu przed osiemnastymi urodzinami.

– Wybaczcie, że się wpierdalam, ale może po prostu dacie mi hajs i kupię wam piwa? – przerywam ten dramat, rozpisany na kolejne długie akty.
– A mógłby pan? – w ich oczach pojawiają się iskierki radości oraz szczęścia. Ja pierdole, to już ten czas, kiedy mówią do mnie per pan. Przemilczmy ten fakt, załamię się nim w domu.
– Każdy kiedyś był młody – kurwa, brzmię jak swoi rodzice.

Kiedy wychodzę ze sklepu z trzema puszkami, czuję się bohater. Patologiczny, ale wciąż bohater. Mały gest, który mam nadzieję nie zniszczy ich życia. Zresztą, kogo to dzisiaj obchodzi?

– Dziękuję! – słyszę, gdy oddaję resztę. – Jest pan wyjątkowo uprzejmym człowiekiem.

Ujęła mnie ich kultura. Ujęło mnie ich słowo – wyjątkowo. Czy oprócz coachów życia, ktoś jeszcze używa tego słowa?

Jesteś wyjątkowy, jesteś idealny – one and only.

Wyjątkowość widzą od zawsze we mnie rodzice, zwłaszcza rodzicielka – dla niej byłem, jestem i będą tym jedynym, co powtarza z uporem maniaka przy każdej mojej wizycie w rodzinnym domu. Zwłaszcza wtedy, gdy jest już po kilku głębszych. Wówczas zbiera się jej na zwierzenia, wspominanie i rozmowy na najmniej lubiany przeze mnie temat – mojej osoby. Przez dwadzieścia osiem lat, z niewielu ust padały takie szczere wyznania. Owszem słyszałem różne komplementy, różne określenia, ale być wyjątkowym? To było coś szczególnego, to było coś ekstra.

Zanim zrozumiałem, jak bardzo jest to ważne, minęło wiele długich lat przeplatanych małymi sukcesami, większymi porażkami oraz pasmem dni, które nieszczególnie różniły się od wczoraj czy przedwczoraj. Po prostu były, tak samo, jak i ja sobie byłem. Pomimo bagażu doświadczeń, nie potrafiłem pojąć, jak własna matka może o mnie mówić, że jestem taki wyjątkowy, skoro mam młodszego brata – młodszą wersję samego siebie. Wiele razy chciałem jej zapytać, jak mam to rozumieć, jak poradzić sobie z faktem, że skoro ja to przecież nie on, ale czy można tak karcić swoje dziecko?

– Każde z was jest dla mnie wyjątkowe – wyjaśniła przy jednym z ostatnich spotkań, gdy siedzieliśmy przy grillu. – Każde kocham najmocniej na świecie, każde wychowałam najlepiej jak potrafiłam i będę zawsze uważała, że ty, twój brat oraz twoja siostra jesteście wyjątkowi.
– Wyjątkowi, czyli jacy mamo? Znaczy twoi? Znaczy idealni – nadal nie rozumiałem.
– Być wyjątkowym nie znaczy być idealnym, ale być jedynym w swoim rodzaju, przynajmniej dla jednej osoby.

Nie ma żadnego znaczenia, czy postrzegasz siebie jako osobę wyjątkową, czy przeciętną – ważne jest, abyś kolejnego dnia, gdy już postanowisz zwlec swój tyłek z łóżka, był wyjątkowy dla kogoś. Czasami będzie to mama, czasami narzeczona, czasami nauczycielka, która doceni twoją wrażliwość, a jeszcze innym razem, młode dziewczę pod blokiem, której uratujesz wieczór kupując browara w monopolowym – doskonale wiesz, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, tylko pamiętaj, abyś nie zasiedział się zbyt długo w jednym miejscu. Czasami będzie to ławka, czasami zmarnowane życie i wtedy już nigdy nie usłyszysz, że jesteś kurwa wyjątkowy. A to takie ładne określenie.

Photo by Aaron Mello on Unsplash