…bo wiosna już nie pachnie Tobą.

wiosna

„Długie włosy, długie rzęsy, długie nogi
Długie rzęsy, długie nogi oraz długie włosy
Gdzie są twoi ludzie? 
Tu są moi ludzie?
Twoich raczej brak…”

~Taco Hemingway, Tsunami Blond.

Głowa staruszka nie jest wyposażona w zbyt wiele wysokiej jakości wspomnień – w kartotece umysłu znajdziesz sporo przebitek z dzieciństwa, kilkadziesiąt ujęć z czasów dorastania i kilkanaście kliszy z późniejszego etapu. Opcję High Definition znajdziesz jednak tylko przy kilku, które wryły się we mnie tak głęboko, że danych z tego nośnika nie da rady zetrzeć już nic. Opcją HD oznaczone są między innymi dwa dni – jeden jesienny i drugi wiosenny, więc sięgnij po herbatę, ulubiony koc i czytaj dalej, chociaż osobiście sugerowałby wino i inne mocne trunki.

Najpierw była jesień, którą poprzedziło samotne lato. Tysiące wymienionych wiadomości, przyjaźń wywiązana tak naprawdę z niczego, bo głupich tekstów i podobnego spojrzenia na świat. I jeszcze niemal identycznego gustu muzycznego. To historia, która na pewno zawita do książki, jestem jej to winien. Tak samo jak winien jestem wino. I ponoszę część win. Szczeniackie zabawy słowem. Kiedy w końcu przyszła jesień, ten jeden dzień pachniał malinową mambą, smakował lanym piwem i był pochmurny, jakby chcąc kontrastować z jej uśmiechem. Przemoczone buty wydawały śmieszne odgłosy, a parasol, którego oboje zapomnieliśmy sprawił, że bardziej wyjebane na świat już nie można było mieć.

To był jedyny raz, kiedy zaprosiłem kogoś obcego na koncert – zawsze były to dziewczyny ze związku, zawsze „moje” kobiety, zawsze ktoś bliski – ten jeden raz poprosiłem jednak kogoś spoza swojej ligi, poprosiłem ją. I wspólnie rapowaliśmy razem z ziomkiem Taco.

– Czym właściwie jest miłość – zapytałaś, kiedy jedyny raz w życiu, odprowadzałem cię na przystanek.
– Nie wiem – wypaliłem, grając jak najbardziej na czas, po czym rzuciłem najbardziej debilną wypowiedź świata. – Nie wiem, sprawdź w słowniku wyrazów obcych.
– No właśnie, wyrazów obcych. Dobranoc – jeszcze tylko delikatnie pocałowałaś w policzek, jedyny raz w życiu i zniknęłaś.
– Uważaj na siebie – i tyle cię widziałem.

Później była wiosna…

Później była wiosna, pachnąca świeżo wypraną pościelą, pudełkiem zwanym mieszkaniem i czasem, który upływał na pakowaniu się na kolejny wyjazd. Był wtorek, kiedy umówiliśmy się na wino, odkładane przez obie strony od jesieni. Jakoś nie było nam po drodze, tobie na moje mecze, mi na twoje pokazy i jakoś tak, moja droga, nasze drogi się rozchodziły. We wtorek jednak się umówiliśmy, na wino po moim powrocie. A później był czwartek, kiedy Facebook twojej siostry poinformował, że jutro jest pogrzeb. Twój, kurwa jego mać. A ja nawet wina nie zdążyłem kupić. Jeśli pomyśleć, że gdyby nie media społecznościowe sądziłbym, że po prostu się mną znudziłaś, poszłaś w inną stronę lub tysiące innych historii – może tak byłoby łatwiej? Pizda nie skoczek, znowu miałoby być łatwiej…

Rok już od tamtej wiosny, od momentu, kiedy w pewną środę, wyszłaś do klubu i postanowiono za ciebie, że do domu nie wrócisz – krótka piłka, jakiś proszek w drinku, byłaś i….no nie ma… A jebane wspomnienia Facebooka – dzień po dniu, lajk po lajku i komentarz po komentarzu, wspomnienie za wspomnieniem przypominają o tym, o czym sam i tak nie potrafię zapomnieć.

Tak często zakładamy, że mamy jeszcze czas, że mamy możliwość, że będzie kolejne jutro, a tak naprawdę, nie wiadomo. Nie miałbym wcale o to pretensji do swojego życia, bo za dużo się działo momentami – za dużo zła pochłanialy usta, czy to w postaci dymu czy płynu – więc gdyby dla mnie nie było jutra, nie płakałbym. Płakałem jak dzieciak, kiedy nie było jutra z nią. Choć tak naprawdę nigdy nie było „z nią” czy obok niej.

Później nie było nic…

Wiesz, o takich jak ona mówią, że zdarzają się raz na sto, a może nawet raz na tysiąc, są niczym kometa Hayleya lub spadająca gwiazdka na niebie – czasami poszczęści ci się w życiu i je zobaczysz. Największym problemem jest to, że przebywając wśród nas na ziemi, nie zdarzają się tak naprawdę nikomu, ich dusze przemykają z ciała do ciała, nie zostając tutaj zbyt długo – inaczej niż za sprawą (nie)boskości jej bytu nie potrafię pojąć swym małym mózgiem. To jakaś jebana abstrakcja. Nigdy nie wiesz, czy jeszcze kogoś zobaczysz w swoim życiu. W jednym momencie, drzesz się u jej boku udając że rapujesz, że jesteś najlepszym ziomkiem Hemingwaya, a chwilę później, nic. Nada. Null. Zostaje tylko stary człowiek i ogromne morze łez. Taka przyjaźń zdarza się raz na sto. Później jesień już nigdy nie skojarzy się z mambą, lanym piwem i przemoczonymi butami, a wiosna…a wiosna już nigdy nie będzie pachnieć Tobą.

Photo by David Romualdo on Unsplash