…bo tak naprawdę, nie wiem nic.

Blisko dwa tygodnie, czternaście jakże długich do znudzenia dni i jakże krótkich, pełnych burzliwych myśli nocy. Tyle minęło od ostatniej notki tutaj – na blogu, który miał być prowadzony regularnie. Wyszło za dużo zrobionych kilometrów, wypitych kaw i niepotrzebnych mi zupełnie rozmów, które okazały się dla ciebie tak ważne. Nie dziękuj, zrobisz to wtedy, kiedy sama będziesz mogła spokojnie zasnąć i nie obudzisz się na mokrej poduszce.

A teraz mi powiedz, ile razy zasypiając widziałem twoją twarz? Ile razy budząc się, uśmiechnąłem się na myśl o tobie? Ile razy twoja wiadomość wyciągnęła mnie ze snu? Ile? Zero? Źle. Za dużo.

Scenariusze filmów są zwykle tak zaplanowane, że kiedy widz zaczyna się nudzić, bo akcja jest ustabilizowana, dopierdalają czymś, czego nikt się nie spodziewa lub nie przewiduje – przyznaj się, pobierałaś lekcje od mistrzów scenopisarstwa prawda? Zawsze, ale to kurwa zawsze, wpadasz do mojego życia w momencie, gdy nie mam na ciebie czasu. A może dla ciebie? To dziwne, że go nie mam, bo przecież moje wirtualne drzwi są zawsze dla wszystkich otwarte, z czego znów za dużo osób korzysta. A ja tylko słucham, bo wydaje mi się, że umiem. Chyba jednak tylko wydaje.

Teraz ty mi piszesz, że już nie jesteście razem i możemy pójść na wino, prosząc tylko o to, aby był to neutralny grunt. Późnym popołudniem, wysyłasz zdjęcie swoich szpilek, pytając czy ładne i czy spacer może wieczorem? Akurat jesteś obok mojego mieszkania, klatka w bloku obok i  chichoczesz, że wrzucisz liścik do mojej skrzynki. Na co dzień dzieli nas kilkaset kilometrów, ale dzisiaj jesteśmy w tym samym mieście, choć i tak nie umiemy nagiąć swoich rzeczywistości na tyle, żeby doprowadzić do spotkania, znów mijając się gdzieś w stolicy. Żartujesz sobie ze mną, tworzysz historię niczym z książki i bawimy się przy tym dobrze, oszukując cały świat, ale podobnie jak w piosence Bee Gees, zapominasz mi powiedzieć, iż to od dawna nie jest(em) żartem. Punktujesz mnie każdym swoim słowem, podsumowując moje ostatnie zachowania, zachwiania i próby odnalezienia się w tej nowej rzeczywistości. No i kurwa masz rację.

Twierdzisz, że tak naprawdę cię to wszystko nie obchodzi, ale nie umiesz zasnąć, a kiedy już to zrobisz, wtulona we mnie mocno, zaciskasz pięści aż bieleją ci knykcie. Mijasz mnie bez żadnego słowa, starasz się nie patrzeć w moim kierunku, choć i tak dobrze wiem, że zerkasz zbyt często jak na kogoś całkiem ci obcego. Napiszesz czasami od niechcenia, niby przypadkiem zapytasz, czy jestem w mieście. Zadzwonisz w momencie, gdy nie mogę rozmawiać i zaczniesz się cieszyć na cały głos ze swojego sukcesu. I pewnie masz rację z tym, że nie wiem nic. No tak, masz kurwa rację.

Jesteś tajemnicą o której nikt się nie dowie.
Nawet ty.
Nawet kiedyś.
Nigdy się nie dowiesz, która linijka jest tobą.

Wróć, ty już to kurwa wiesz.
Tylko nie życz mi ani dobrych snów, ani kolorowych, ani słodkich i pięknych. Nie będą żadne, dopóki cię nie będzie. Tutaj obok, a nie gdzieś tam w krainie czarów.