…bo tak łatwo zepsuć swój związek.

Budzę się w nocy, norma. Idę do łazienki. Staram się nie patrzeć w lustro, ale znów przegrywam. Przygnębienie, rezygnacja, zmęczenie i nie wiem, co kurwa jeszcze. Moja twarz wygląda, jakby się poddała – idealnie oddając stan umysłu. Całość mnie wręcz ze mnie kpi w każdym momencie, już nawet oczy nie są oczami wariata. Wyglądam odrażająco.

W ostatnich dniach ciężko o spokojny sen, ale tym razem o dziwo jednak, nie wybudza mnie koszmar czy głos Ali lub Oli – nauczyłem się na noc wyciszać suki. Zmiana temperatury, kolano nakurwia do tego stopnia, że po powrocie do pokoju, od razu sięgam po ketonal. Nie wiem, czy pomoże, działam na zasadzie placebo, oszukuję swój mózg, przynajmniej na chwilę, żebym mógł znów zasnąć. Czuję jej wzrok na sobie. Brawo geniuszu! Byłeś tak zaaferowany swoją głową, że zapomniałeś. Tak, nie nocujesz dzisiaj sam. Wpatruje się we mnie, słyszę jej oddech – jest zaniepokojona moim zachowaniem, nic dziwnego. Staram się uspokoić. Jak gdyby nigdy nic, wracam do łóżka, wtulam się i próbuję zasnąć, unikając rozmowy. To się nie uda. W końcu z jej ust pada to pytanie, które w domyśle jest retoryczne: „Jesteś szczęśliwy?”

Jesteś szczęśliwa w związku?

Poof. Jebło. Ja naprawdę nie wiem, co mam odpowiedzieć, bo w sumie to jak teraz tak leżę wtulony w nią, to tak. Ale oprócz tego, kiedy jest kawałek dalej, kiedy nie ma jej przy mnie to nie wiem. Czy więc mogę odpowiedzieć, że teraz tak, czy to będzie zgodne z prawdą? Czy powinienem powiedzieć o swoich wątpliwościach? Nie chcę jej martwić, nie chcę wyciągać ze strefy komfortu, chcę skłamać nie podnosząc wzroku: „Tak, jestem.” Zamiast tego dukam: „Skąd mam wiedzieć, że to już, że to ten moment, ta osoba, ten wybór? Czy mam zaufać intuicji? Skąd mam wiedzieć, czy nie powinienem szukać dalej, cieszyć się tym, co teraz mam i tworzę?” Nie odpowiada. Po chwili tylko czuję, jak łzy spływają z jej twarzy na moją.

Dlaczego ludziom nie wychodzi, dlaczego szukają wciąż i wciąż. Jasne, trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu, ale to tylko i wyłącznie jebane paradoksy. Każdy chce mieć to, co jest dla niego najlepsze, ale zapomina w tym wszystkim o jednym – skoro się zastanawiasz to znaczy, że już masz problem i nie zadowoli cię nigdy nic, ewentualnie już teraz i tak zadowalasz się byle czym. Czy jesteśmy „byle czym”?

„Przeciętności lękam się w chuj”

Zawsze się tego bałem – przeciętności. Nigdy nie chciałem, być taki jak wy wszyscy, siedzieć w pracy, popijać kawę i spokojnie dzień po dniu umierać, przemijać bez większego sensu.

To jest tak bardzo zadziwiające, to nasze i wasze pokolenie. Wstajemy dziennie rano, tylko po to, żeby następne kilka godzin spędzić przy desktopie w swoim ołpen spejsie lub innej przestrzeni chowu klatkowego. Bez szans na skupienie trwające dłuższe niż kwadrans, bez szans na pięć minut bez mejla, gdyż obierasz ich dziennie ponad sto, a przy tym negocjujesz z klientami i szefem, który raz za razem cię wyzyskuje. Odpierdalasz taki multitasking, że multiorgazm przy tym to żaden cud. No właśnie, gdzie przy tak śmieciowym życiu jest jeszcze siła na orgazm?

Wreszcie wychodzę z pracy. Nie widziałem jej kilka godzin, ale to nie jest tak, że umieram z tęsknoty i nie potrafię oddychać przez jej brak obok mnie. Dzieli nas kilkanaście kilometrów, zżera mnie więc ciekawość – tak po prostu tęsknię. Zastanawiam się, jak minął jej dzień, co zjadła na obiad, czy było to zdrowe, czy jej smakowało, czy dobrze się czuje, bo w końcu zima nadeszła i łatwo o przeziębienie, no i czy spędziła miło ten dzień.

– Jest okej – odpowiada. No jasne, oczywiście, że jest okej. Kurwa! Houston, mamy problem! Doszliśmy do momentu, gdzie oficjalnie komunikacyjnie leżymy, nie mówiąc o swoich myślach w bardziej złożony sposób niż tylko „jest okej”. XXI wiek, anno domini 2018 – czasy gdzie w treści komunikatora możemy przedyktować całą książkę, smsami zrobić spam składający się tylko z samych emotikonów, bo „W NASZEJ SIECI SMSY I ROZMOWY BEZ LIMITU”, ale „jest okej”. I chuj jasny w takim momencie cię strzela, bo chcesz więcej, sky is the limit kurwa, chcesz wyjechać w Bieszczady, chcesz nad morze, chcesz usłyszeć miłosny poemat na swoją cześć, ale nie tym razem. Ups.

Wiesz, jak łatwo zepsuć swój związek? Mieć w tym momencie tysiąc pretensji do drugiej osoby. Jasne, że czasami chętnie polałbym ją olejem silnikowym, bo gdzieś tam wyczytałem, że wydłuża spalanie benzyny i stał patrząc, jak pięknie płonie. Ale to tylko myśli, bez których byłoby przecież nudno. Zamiast polewać benzyną, wrzucać na stos czy sypać kurwami na lewo i prawo, po prostu pomyśl – bądź, akceptuj i nie spierdol tego, bo to jedyne, co możesz zrobić. Nie spierdolić związku – zepsuć łatwo, naprawić czasami się nie da.

A teraz słuchaj – jeśli doszłaś do końca tego tekstu, nie uznając tego za pierdolone bzdury nadające się tylko do wciśnięcia „wstecz” to wyślij to jednej osobie – tylko jednej, która twoim zdaniem powinna to przeczytać i zrozumieć. Niech ona także postąpi według tej instrukcji. Zobaczmy, czy tekst do ciebie wróci.

Photo by Eduardo Loaiza on Unsplash