…bo samotność to taka straszna trwoga.

„Nie dokończyłaś ze mną rozmowy. Umarłaś sobie. Tak się, Mamo nie robi…” pisał na samym początku swojej książki Janusz L. Wiśniewski. Długo nosiłem w sobie treść tych zdań, długo zastanawiałem się, kto w moim przypadku umarł – ja czy Mama.

Sprawdzałem w zeszły piątek, ma się dobrze. Żyje, przybyło jej trochę zmarszczek, trochę bardziej się garbi, częściej narzeka, że ją coś w krzyżu łupie, a Ojciec jej nie docenia. Jednak żyje, a więc odpowiedź jest prosta: to ja nie dokończyłem rozmowy, wyjechałem.

To nigdy nie było planem. Przewijało się, gdzieś tam w głowie jako alternatywa na przyszłość, ale planem na życie nigdy samo w sobie nie było. Zresztą, jak mogło być, skoro wszystko zostało z góry zaplanowane. Najlepszy w podstawówce, najlepszy w gimnazjum, szkołę też wybrał, a właściwie wybrano mu dobrą. Jak nie najlepszą, w końcu prestiżową, z tradycjami, historią, przyszłościowym, technicznym kierunkiem. A co. Najlepszy miał być. I był. Sęk w tym, że nie w tym, czego oczekiwano. Plan jednak pozostawał nadal taki sam – z węgla synu wyrosłeś, to oddać ojczyźnie swojej małej musisz to , co zawdzięczasz.

Nie , nie, nie. Żadną fizyczną pracą, Ty to synuś umysł wielki jesteś, myśliciel i filozof jak się patrzy, ty inny jesteś. Ale taki mój, prawda?

Plan był, nadzieja rodziców, że wszystko potoczy się po ich myśli, również była. Jednak nadzieja, ta mała zielona kurwa Nadzieja, zawsze coś pomiesza. Nie inaczej zrobiła tym razem. Pozmieniała kierunki, zakręciła kompasem i okazało się, że droga wiedzie daleko od domu. Wrócisz synuś, wrócisz tutaj do nas szybko – jak mantra powtarzano, kiedy dorosłem do tego, aby im o tym powiedzieć.

Wtedy tego nie widziałem. Nie dostrzegałem bólu, jaki musiałem sprawić Mamie decydując się na wyjazd. Czy jej serce pękło? Nie wiem, ale śmiem przypuszczać, że tak. W końcu to ja, najukochańszy, najlepszy, najcudowniejszy, ten inny, ale tak bardzo jej. Wyjechać miał.

W jej głowie wszystko było jasne. Nie będzie już poranków, gdy wspólnie przed wyjściem z domu, dyskutowaliśmy o życiu przy kawie. O naszym błahym, maluczkim życiu przy malutkiej kawie. Godzinna rozmowa dawała więcej niż niejednemu cały dzień ramię w ramię. Dawała, no właśnie…Nie będzie już, komu szykować kanapek, obiadów, kolacji, herbaty, gdy po uczelni wraca zmarznięty. Nie będzie już na kogo czekać, nastawiając wodę na kawę, dziennie o tej samej porze. Nie będzie już chorób, przeżywanych tak, jakby dżumę stwierdzono. Nie będzie, po prostu. Musiało jej to niszczyć umysł, serce, ciało. Rozrywać na kawałeczki, niczym rozkapryszony dzieciak rzucający puzzlami z 1000 elementów. Poznać po sobie nie dała, do dzisiaj nie daje.

Przecież to było oczywiste, ludzie wyjeżdżają. Ludzie wracają. Ludzie się przenoszą. Było oczywiste w przypadku ludzi, ale nie moim. Ja to ja. Jej mały Synuś. Zawsze mały. Zawsze mieszczący się na kolanach, gdy przesiadując na kuchennym taborecie uspokajała się papierosem. Przecież dorosłem, tak nie mogło się toczyć życie. Dla mnie nie mogło, w jej głowie nadal zielona kurewka robiła demolkę, szepcząc, iż tak nie tylko może, ale powinno być.

Miało się nic nie zmieniać, a wszystko szlag trafił. Nie było już tych poranków, rozmów, kanapek, czekającej kawy. Nie było wspólnego życia, a dwa oddzielne byty – drogi się rozeszły, a moje problemy okazywały się zupełnie inne od tych, które trapiły Mamę. Mnie bolał fakt, że bilety lotnicze zdrożały i nie polecę tam, gdzie chciałem;, kiedy ona zamartwiała się , jak uciułać na czynsz. To było nie fair, to było kurewsko nie fair, ale pępowina ma to do siebie, że trzeba ją odciąć raz a porządnie, skoro kiedyś tam pan lekarz spartaczył sprawę.

Jest ze mnie dumna na pewno. Widzę jej iskierki w oczach, gdy pokazuję nową książkę. Widzę, jak bardzo jest zasłuchana i zapatrzona, kiedy opowiadam o swoim nowym życiu, o tych problemach, tak bardzo dla niej nierealnych. Widzę, jak bardzo się zmieniła. Nie ma już w niej takiej radości. Może to starość? A może to ja? Raczej to drugie, nikt tak się nie zmienia bez powodu w ciągu roku.

Niby nadal się znamy, nadal kochamy i przytulamy, przy każdej możliwej okazji. Niby rozmawiamy, ale czymże jest telefoniczna pogadanka, gdy termin goni termin. Nic nie zastąpi porannych posiadówek przy kawie. Teraz to wiem.

Widujemy się przecież często. Co dwa tygodnie są powroty, potem znów rozstania. Dom jednak nie pachnie już domem, wszystko jest inne. Ja jestem inny. Inny jest inny. Zabawne.

Dlaczego „umarłem”, wybierając odejście? Nie wiem, to pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Dlaczego nie dokończyłem rozmowy, chociaż wiedziałem, że tak się nie robi? Nie wiem. To jeden z cięższych grzechów, taka pierwsza liga.

Wiem tylko, że tak się nie robi, tak po prostu się nie robi. Nie odchodzi się.

*

Wróciłem. Tylko przy okazji świąt, ale wróciłem. Na chwilę, ale wróciłem. Nie wytrzymałbym tutaj dłużej – odzwyczaiłem się od tego domu, tych ludzi, tego zamieszania i tego dźwięku – decybeli generowanych przez domowników, zwłaszcza tych najmłodszych. Wiesz, naprawdę uwielbiam dzieci, ale takie, które są wychowane, a nie rozpuszczone, zachowujące się jakby były królami świata – to akurat się zgadza, bo w domu nazywanym królestwem, to właśnie one są władcami – panami na włościach.

Wróciłem, żeby klapnąć sobie na fotelu z kieliszkiem wina w ręce, żeby oglądać wspólnie Kevina, żeby słuchać o nieinteresujących mnie rzeczach, żeby żyć nieswoim życiem, żeby udawać zainteresowanie dziećmi, żeby kurwa odpocząć. Zapomnij. Nie tutaj, nie w tych murach, które odbijają każdy dźwięk ze zdwojoną siłą, atakując mój przemęczony umysł.

Wróciłem i jestem przerażony. Po pierwsze tym, ile jestem w stanie wlać w siebie alkoholu, żeby zagłuszyć myśli i tych ludzi, a po drugiem tym, jak bardzo w tym wszystkim, samotna jest moja rodzicielka. Od momentu odejścia minęło już trochę czasu, a jej przybyło sporo siwych włosów – nie ze stresu czy zamartwiania się, ale od trzymania tych wszystkich emocji w sobie. Ojciec w pracy, druga część rodziny zainteresowana konsolą i nowymi grami, a my we dwoje (troje, jeśli liczyć kundla), siedzimy na tych fotelach, każdy z winem w dłoni i patrzymy pusto przed siebie. Staram się nawiązać komunikację, ale o wspólne tematy ciężko. Młodzi, odezwał się stary, jeśli nie grają to wpatrują się ślepo w „świecące prostokąty” i pokonują swoimi kciukami tysiące kilometrów. Pokolenie, które nawet przyciski w windzie wdusza kciukiem – stracona generacja.

Wróciłem i siedzę tuż obok, a tak naprawdę, jakby zupełnie mnie tutaj nie było. Jestem daleko myślami, ale co gorsza, ona także. Widać, że jest zainteresowana wszystkim, chciałaby zapytać, dowiedzieć się, posłuchać, lecz boi się, że nikt nie usłyszy i nie odpowie. To wszystko widać w jej matczynych oczach. Czwarty kieliszek pomaga.

– Jak w pracy mamo, słyszałem, że dają wam nieźle w kość – przerywam ciszę pytaniem, które jest totalnie z dupy.

Odwraca się i pogodnie uśmiecha, ukazując wszystkie życiowe pomarszczenia i trudne chwile. Podnosi kieliszek do ust, bierze spory łyk.

– Myślałam, że już nigdy nie zapytasz synku, że już nikt nie zapyta. Dobrze, że wróciłeś chociaż na chwilę – matczyne oczy robią się szkliste. Zagraliśmy w statki. I to nie było pudło.

Wróciłem i jestem szczęśliwy.

Photo by George Bonev on Unsplash