…bo każdy ma swój lot nad kukułczym gniazdem.

– Nazywam się Anna Kettelman i jestem psychoterapeutką. Będziemy widywać się raz w tygodniu przez najbliższe pięć miesięcy. Mam nadzieję, że tylko przez pięć. Wie pan, muszę przyznać, że ma pan ciekawą i bogatą kartotekę jak na swój wiek – normalnie uznałbym to za komplement, ale z ust lekarki, brzmiało to, co najmniej złowrogo. – Wczesne stadium schizofrenii paranoidalnej, częste arytmie serca, syndrom DDA, skłonności do samookaleczeń, masochizmu, alkoholu i różnego rodzaju używek, a także myśli samobójcze, poczucie wypalenia…coś pominęłam?
– Dorzuciłbym jeszcze nietolerancję laktozy oraz przewlekłe chrapanie, kiedy śpię na plecach…to prawdziwa udręka!

Patrząc na jej wyraz twarzy, przynajmniej chwilowo udało mi się rozluźnić atmosferę, choć żadnemu z nas nie było do śmiechu, czy nawet chichotu. Już sam fakt, że z nią rozmawiałem był przerażający, a co dopiero jej słowa.

*

Założenie i w miarę regularne prowadzenie bloga internetowego było pomysłem doktor Kettelman. Jej zdaniem, przelanie myśli, wspomnień oraz wszelakich rozważań, nie tyle na kartkę papieru, która zaraz zniknie w szufladzie, co na łamy Internetu, gdzie przecież nigdy nic nie ginie, miało być swoistym wspomagaczem przy terapii. Od spotkania z Anną minęło już dobrych pięć lat, a blog nadal istnieje i w pewnym sensie, ma się dobrze – a ja dzięki niemu. Nie pamiętam, ile razy usuwałem ten projekt, wściekałem się na jego zawartość, próbowałem wszystko zmienić i zacząć od nowa…było tego za dużo. Czasami, kiedy stogrzechów pozostawało uśpione, swoimi myślami dzieliłem się z tymi, którzy akurat w danym momencie byli towarzyszami mojego życia – to, że częściej były to towarzyszki…cóż, inna para kaloszy – żadna ze stron nie narzekała, a przynajmniej nie robiła tego na głos.

Ludzie przychodzili i odchodzili, zmieniały się miasta i kraje pobytu, a także moje życie. Nie zmieniało się natomiast jedno – niezmierna chęć do pisania, choć momentami, gdy przemawiały przeze mnie głosy innych, nie było to łatwe. Zawsze jednak wiedziałem, że muszę to robić. Chociażby tylko po to, aby nie zwariować. Czy się udało? Fakt pisania tego tekstu własnoręcznie i będąc ubranym w tshirt, a nie dyktowanie swoich słów pielęgniarzowi, który z politowaniem patrzy na człowieka w bielutkim kaftanie mówi chyba sam za siebie.

Jest dziewiąty sierpnia. Za ponad miesiąc 28. urodziny.
Nie mam pojęcia, dlaczego ten tekst powstał i został wrzucony w eter, ale pani doktor byłaby chyba dumna. Tym razem nie tylko z kartoteki.

Photo by Taya Iv on Unsplash