…bo ideały w końcu sięgają bruku.

Piątek, a właściwie to już sobota. Wracasz wstawiony o trzeciej nad ranem przez miasto i obserwujesz jak pierwszy raz tego dnia, ideały sięgają bruku, kłótnia goni kłótnię, a pięść goni liścia w miejskiej grze wzorowanej na „kamień, papier, nożyce”, sprawdzając, kto jest mocniejszy. Jeden po drugim, ideały drugi raz sięgają bruku, tak samo jak upadają wyobrażenia o drugiej osobie. Właśnie o trzeciej nad ranem, kiedy przemawia przez nas alkoholowa szczerość, pokazujemy swoje prawdziwe ja, nie mającego nic wspólnego z tym, co prezentowaliśmy wobec drugiej osoby na co dzień. Po powrocie do mieszkania, jeszcze zamroczeni alkoholem zamaskujemy swoje niedoskonałości, czy to za sprawą makijażu, odpowiednio dobranej bielizny czy ostrego seksu, ale budząc się rano, będziemy nadzy – dosłownie i w przenośni. I wtedy ideały sięgną bruku po raz ostatni. Zerkniemy na śpiącą obok osobę, poczujemy obrzydzenie do siebie samych i wymkniemy się cichaczem z mieszkania, kurwując pod nosem, że znów zostaliśmy przez życie oszukani. Problem w tym, że to nie ma nic wspólnego z oszustwem, a prędzej z mechanizmem jak w lustereczku, które pokazywało to, co chcieliśmy zobaczyć. Zawsze dostajesz to, czego pragniesz i na co zasłużyłeś – to stare powiedzenie, ale jak nigdy trafne.

Wiesz dlaczego niektórym się udaje? To śmieszne, ale dlatego, że nie udają. Nie starają się na siłę być kimś innym – pierdolonym ideałem, który tak łatwo może sięgnąć bruku przy pierwszej lepszej okazji jak pamiętny fortepian kompozytora. Przy drugiej osobie, nie starają się być wyidealizowaną wersją siebie. Jeśli mają gorszy dzień to nie uśmiechają się od ucha do ucha, tylko rozmawiają o problemach. Jeśli ich coś boli, reagują – sięgają po tabletki, czy idą do lekarza, a nie udają, że świat jest cudowny. Jeśli….druga osoba ich wkurwia, mówią o tym, a nie zamykają się w sobie, bo wiedzą, że problemy same się nie rozwiązują, pieniądze nie rosną na drzewach, a idealna druga połówka to ktoś kto rozumie, a nie tylko dobrze się pierdoli. Chuj z tym, jaki obraz siebie kreują na snapie, na insta czy na fejsie – tam mogą być kim tylko zapragną. Tam mogą mieć idealnie wypięte pośladki, wspaniałą twarz pokrytą filtrami, czy nigdy nie narzekać na nudę, ale pamiętaj, prawdziwe związki istnieją poza social mediami. I właśnie dlatego, coraz częściej rzygam przeglądając różnego rodzaju story, gdzie mam wrażenie, jakbym oglądał gównianą telenowelę z własnymi znajomymi w rolach g(ł)ównych.

Był taki okres, kiedy byłem niczym lustro – mówiłem ludziom rzeczy, które chcieli usłyszeć, które miały ich pocieszyć, w pewnym sensie zaspokoić. Było to zabieganiem o atencję, o polubienie mnie w towarzystwie. Później zmieniło się to w mówienie rzeczy szczerych, a przynajmniej takich jak myślę i w sumie już w dupie mam, co sobie pomyślą, bo wracając o trzeciej nad ranem do domu, jestem obserwatorem, a nie obserwowanym.

Photo by Dani Ramos on Unsplash