…bo coraz częściej udaję.

Nie, nie i jeszcze raz nie – wasze skojarzenia są złe. Coraz częściej udaję, że obchodzi mnie to, co jest mi relacjonowane podczas dzielenia tego samego powietrza w pokoju przy popołudniowej pracy. Coraz częściej udaję, że sposób w jaki rozwiązała zadanie numer 45 na kartkówce z arcymegahiperinteresującego przedmiotu mnie obchodzi. Czy naprawdę nie widzisz moja droga, iż właśnie staram się skupić na pracy? Na zarabianiu na chleb? Na ciuchy? Na dom? Na ekhm…rodzinę? Kurwa no…książka sama się nie napisze – rozwiązałaś, brawo dla ciebie, pewnie będziesz świetnym fachowcem w swej dziedzinie, tylko czy ja muszę znać każdy etap dochodzenia do tej wybitności? Nawet ten najmniejszy, wtorkowy z ósmego września? Oczywiście, że tak…dlatego coraz częściej udaję.

Coraz częściej udaję, iż bawią mnie historyjki o infantylnych koleżankach, których zacofanie emocjonalne jest tak niesamowite, że pisząc o tym pracę doktorancką, można spokojnie zostać posądzonym o fałszowanie wyników badań. Takie to nieprawdopodobne. No, ale jednak, muszę przecież wiedzieć, jak wspaniałe były zakupy w galerii, jak wspaniały jest najnowszy bojfriend farbowanej blond Rudej, jak wspaniałe było wyjście do kina (ale nie na film) i tysiące innych rzeczy, które odciągają moje myśli od tej pieprzonej pracy. Tak oczywiście kochanie, to świetnie, to cudownie, to ech…dlatego coraz częściej udaję.

Coraz częściej udaję, że praca ma jakikolwiek większy sens. Wielkie poświęcenie, zarządzanie centrum wszechświata i tysiące innych pierdół może i są interesujące, ale przez pierwsze kilka miesięcy. Potem to już automat. Schematy czynności, które wykonujesz bez mrugnięcia okiem, kłamiąc bez zająknięcia szefowi i dziękując za możliwość tej jakże cudownej pracy. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że na moje miejsce są setki innych, żądnych posady zombie młodziaków, którzy tak samo dobrze wykonają moją pracę. Tak, doskonale o tym wiem, dlatego udaję, że naprawiam świat, mając go tak naprawdę głęboko gdzieś przez te osiem godzin za marne 1500 na rączkę.

Coraz częściej bracia i siostry udaję, że potrzebuję tych wszystkich rzeczy mnie otaczających. Palmtopów, laptopów, smartfonów, samochodów, wycieczek, domów, mieszkań, błyskotek, gadżetów…wymieniać można długo i udawać, iż się taką listę czyta, skacząc tylko wzrokiem od pozycji do pozycji, ziewając od czasu do czasu. Nuda, pierdoły i głupie pieprzenie. O czym facet piszesz? Każdy tego potrzebuje i każdy chce to mieć. To wyścig szczurów, tak bracie. Chcesz czy nie, bierzesz w, nim udział, a jak się nie podoba, masz problem. Dlatego udaję, że to wszystko jest mi potrzebne, chociaż najchętniej wrzuciłbym całe to badziewie do firmowego kosza na śmieci, polał benzyną i podpalił, odwalając przy tym rytualny taniec radości pawiana vel faceta.

Coraz częściej udaję twardy, wywołany całodziennym (i reszto nocnym) zmęczeniem sen. Powody są różne, ale najczęściej punkt ten można powiązać z pierwszym w tym akapicie, dotyczącym jakże ciekawych rozprawek na temat sensu życia bliskich. Tak, jestem chamem i egoistą, lecz po prostu nie chce mi się czasami słuchać tego, czego uszy faceta słyszeć nie powinny. Jaki kierowca jutro po mnie przyjedzie? Jakich lekcji nie będę miała? Jaka będzie pogoda Czy moja przyjaciółka się nie spóźni? Jaki kierowca będzie w busie? Halo!? Całego tego shitu można sobie oszczędzić w bardzo łatwy sposób – udając sen.

Skoro ona mogła się tego nauczyć, ja nauczyłem się czegoś innego – udawać przemęczenie organizmu i głęboki sen, który zaoszczędzi mi tego wszystkiego, a także wielu innych rzeczy, o których naprawdę nie chcecie tutaj czytać, gdyż doskonale znacie je ze swojego życia codziennego. Przykro mi, ale…i tak to jest science-fiction.

Photo by Jon Eric Marababol on Unsplash.